"Łatwiej i taniej eksploatuje się kraje pogrążone w anarchii" - mówi kapucyn Robert Wieczorek w rozmowie z Prosto z Mostu. Brat od ponad 20 lat posługuje w Republice Środkowej Afryki, przebywał również na misjach w Egipcie. Owocem jego działalności są książki "Listy z Serca Afryki", "Pęknięte Serce Afryki" i "Koptowie. Staliśmy się śmieciem tego świata".
W kontekście wydarzeń na Bliskim Wschodzie zapomniano o sytuacji w Afryce Subsaharyjskiej.
Konflikt bliskowschodni jest wynikiem skrzyżowania interesów światowych mocarstw i tzw. "grup wpływu". Jak w tym rejonie wyglądają relacje pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami? Jak to wygląda w przypadku Afryki Centralnej? Czy tam podział religijno-etniczny społeczeństwa również jest wykorzystywany przez globalne potęgi?
Być może śledząc tytuły doniesień prasowych można odnieść wrażenie, jakoby subsaharyjska część Czarnego Kontynentu była zapomniana. Ale to tylko pozór. Ostatecznie to nie ilość newsów jest miarą wagi tego, co się faktycznie dzieje. Ważne nieraz wydarzenia w świecie uchodzą polskiej uwadze, bo te nas bezpośrednio nie dotyczą. Dla przykładu: Przebywając teraz w Polsce na urlopie, dopiero post factum i raczej przypadkiem dowiedziałem się o tragicznych powodziach we Francji. Taki dramat z pewnością był szeroko nagłośniony w Afryce Centralnej, bo obywateli dawnej kolonii francuskiej interesuje to, co się dzieje w metropolii. Przeciwnie, Polaków nie bardzo już grzeje co się dzieje we Francji, a tym bardziej gdzieś daleko w Afryce. Siłą rzeczy, nie jesteśmy w stanie absorbować przytłaczającej masy informacji docierających do nas z czterech stron świata. Sami się przed naporem tej fali newsów bronimy i pozwalamy, by ktoś je za nas selekcjonował, zanim je poda do ogólnej wiadomości.
Tymczasem profesjonalni analitycy politycznych przemian dostrzegą wzajemne powiązania między wydarzeniami w Iraku czy Syrii, a quasi wojną na terenach przylegających do Jeziora Czad. Ukuto nawet roboczy termin określany przez akronim MENA (Middle East and North Africa – Bliski Wschód i Północna Afryka), który sam z siebie wskazuje, że to co się dzieje na tym rozległym terenie zamieszkałym przez prawie 400 mln ludzi jest integralnie ze sobą powiązane.
Sudan jest przypisywany do MENA, a to właśnie od strony Chartumu w 2012 przyszło główne wsparcie dla rebelii seleka, która na krótko przejęła władzę w Republice Środkowoafrykańskiej. Sensu stricte nie była to rewolta wewnątrz kraju, co raczej agresja najemników zwerbowanych w Sudanie i Czadzie, podparta finansowo przez międzynarodowe koncerny o obskurnych interesach. Wśród pozbawionych skrupułów polityków afrykańskich i pazernych zagranicznych biznesmenów tajemnicą poliszynela jest prawda, że łatwiej i taniej eksploatuje się bogactwa naturalne, w kraju pogrążonym w anarchii. Konflikt zbrojny, paradoksalnie, jest świetną okazją, by się wzbogacić bez kontroli praworządnego państwa, bez uczciwego płacenia taks i podatków, choćby za cenę ludzkiej krwi.
Podobnie i rozpad Libii (przy czynnym udziale Francji) uwolnił bajeczny arsenał broni zgromadzonej przez Kadafiego. Uzbrojeni po zęby najemnicy upadłego dyktatora rozlali się po całym Sahelu, będąc u podstaw destabilizacji najpierw Mali, a obecnie państw mających wspólną granicę na wodach Jeziora Czad. Zaraza Boko Haram z północno – wschodniej Nigerii dotknęła trwale sąsiedni, spokojny jak dotąd Kamerun północny i Ndżamenę, stolicę Czadu. Reperkusje takich wydarzeń mogą być dalekosiężne. W Nigerii, od paru już dobrych lat podminowanej istnieniem kalifatu Boko Haram, doszło do wymiany prezydenta. Goodluck Jonathan, południowiec, bez większych oporów przerzucił tego gorącego ziemniaka krytycznej sytuacji wewnątrz kraju, w ręce Muhammadu Buhari, byłego wojskowego puczysty, ale być może zdolniejszego, by sprostać obecnemu kryzysowi i wojnie domowej.
Również nie bez przyczyny ta nigeryjska epidemia dotknęła Kamerun, a ostatnio i Czad. Oba te państwa od długich lat mają w prezydenckich fotelach politycznych dinozaurów: Paula Biyę i Idrisa Itno Deby, stąd też nie brakuje ludzi, którzy pragną ich odejścia. Kwestia tylko, kto aspiruje zająć ich miejsce i jaką drogą: wyborów czy rebelii? Realizacji ich planów sprzyja akcja fundamentalistów a północy.
By powrócić do sytuacji w RCA: Przypadek obalonego przed dwoma laty prezydenta Bozize jest wielce pouczający. W 2003 roku doszedł on do władzy z inspiracji sił zewnętrznych: za pozwoleniem Francji, koncernu Total i muzułmańskich najemników. Wcześniejszy prezydent Patasse pozwolił sobie na flirtowanie z Chińczykami i miraże niezależnych rządów. Inwestujący w nowo otwierane na południu Czadu, w Doba, pola naftowe, skarżyli się, że przy takich wydatkach nie mogą sobie pozwolić na dyskomfort nieprzewidywalnego sąsiada z południa i z cichym przyzwoleniem Francji, a z terytorium Czadu, wyszła rebelia opozycyjnego generała Bozize, który przejął władzę po kilku miesiącach bratobójczych walk. Od 2003 roku on sam też rządził w RCA do czasu, aż popadł w niełaskę jak i jego poprzednik, gdyż i on pozwolił sobie na układy z Chińczykami. 1.12.2012 ogłosił decyzję o eksploatacji ropy we współpracy z chińskim koncernem naftowym – 10.12. już wybuchła rebelia, która go odsunęła od władzy - dokładnie w ten sam sposób, jaki on wcześniej przegnał swego poprzednika. Narzucony przez seleka (w większości najemnicy z Sudanu) nowy prezydent Djotodia (muzułmanin) pogrążył kraj w chaosie. I ta patowa sytuacja trwa do tej pory.
Lekcja do przerobienia na nowo: Przywódca afrykańskiego państwa nie może sobie pozwolić na istotne decyzje bez przyzwolenia od patronów z zewnątrz. I nie chodzi tu jedynie o dawnych kolonizatorów z Zachodu, ale i nowe potęgi azjatyckie. Nie będzie pokoju w Afryce Centralnej dopóki, dopóty wielcy tego świata nie dogadają się między sobą dokąd ostatecznie ma płynąć ropa środkowoafrykańska: dołączyć do Doba i przez Kamerun do Ameryki i Francji, czy też w drugim kierunku, przez Sudan, na wschód dla potrzeb rozwijającego się kolosa Chin? (Sudan sprzedaje 90% swej ropy Pekinowi). Analogicznie jest z innymi bogactwami naturalnymi. Nie tylko „krwawe” diamenty służą do finansowania rebelii. Mówi się i o „krwawym” drewnie, czy złocie lub uranie eksploatowanych w warunkach urągających podstawom godności ludzkiej i też często jako towar wymienny za broń. Wojenni lordowie są zainteresowani jak najdłuższą eksploatacją bogactw i dlatego stale torpedują wysiłki zmierzające do zaprowadzenia spokoju i ustanowienia prawowitych władz w kraju nad Oubangui.
Dopiero teraz, na końcu, można odnieść się do roli podziałów etniczno-religijnych w przedstawionym powyżej pobieżnie afrykańskim tyglu. Tak, faktycznie, takie istnieją i mają swój wpływ, ale
co bardzo ważne: odróżniajmy przyczyny od skutków. Nie dlatego w wielu miejscach Afryki jątrzy się wojna, bo Afrykańczycy mieliby być bardziej niż inni ludzie swarliwi i ulegający podziałom, dzicy czy spragnieni krwi. Prawdziwe przyczyny leżą w aliansie bezdusznych polityków z żądną szybkich zysków finansjerą, a ci, by zakryć ich niecne machinacje podpuszczają ludzi między sobą (wielu niestety daje się wrobić) rozbudzając ducha podziałów klanowych i różnic religijnych. Jednakże ten fenomen konfliktów na tle rasowo-religijnym jest jedynie produktem wtórnym przewrotnej polityki traktującej religię jako zasłonę dymną mającą ukryć realne przyczyny. I tu kamyczek do ogródka mediów: to dziennikarze powtarzają bezwiednie mantrę o konfesyjności konfliktów w Afryce (czyli starą marksistowską tezę o szkodliwości wpływów religii na społeczeństwo), bez wysiłku w obnażaniu faktycznego ich źródła w polityce i w ekonomii.
Muzułmanie żyjący w krajach Afryki Środkowej przejawiają tendencje do radykalizacji swoich postaw religijnych?
Islam miał całe tysiąclecie na przenikanie przez Saharę do Czarnej Afryki. Islamizacja postępowała poprzez szlaki handlowe Afryki Zachodniej jak i wzdłuż wschodniego wybrzeża Oceanu Indyjskiego. Tradycyjny islam afrykański miał oblicze elitarne i synkretyczne. Wokół mistrzów duchowości tworzyły się bractwa, a te były narzędziami powolnej infiltracji religijnej. Islam propagował się stopniowo wśród władców i bogaczy absorbując przy tym wiele lokalnych zwyczajów, również wszechobecną magię. Stanowił bazę dla powstawania lokalnych emiratów, których podstawą ekonomiczną był handel niewolnikami. Na terytorium RCA islam dotarł wraz z ekspansją łowców niewolników pod koniec XIX wieku i spotkał się z naturalną opozycją pogańskich mieszkańców tych ziem, którym siłą rzeczy nie odpowiadała rola zwierzyny łownej. Pod panowaniem francuskim i po niepodległości RCA (1960) muzułmanie przybywający z północy znaleźli na nowo dogodne warunki do rozwoju zajmując się handlem, transportem i hodowlą dużego bydła. Życie między nimi a autochtonami układało się w naturalnej symbiozie. Zawsze jednak stanowili mniejszość obcego pochodzenia i będącą obiektem ukrytych zazdrości z powodu ich relatywnie większego stanu posiadania.
Co było przełomem w ich radykalizacji?
Rozbrat nabrał niepokojących rozmiarów z końcem XX w. wraz z nasileniem się propagandy wahhabitów i w konsekwencji wybujałymi ambicjami politycznymi muzułmańskiej mniejszości. Królewska rodzina saudyjska jest dogłębnie przekonana, że za ich pobożność wyrażającą się w ryzach purytańskiego wahhabizmu, Bóg pobłogosławił jej przez roponośne eldorado. Jako strażnicy świętych miejsc związanych z życiem Muhammada uważają się za powołanych do bycia championami islamu. Gorliwa kontynuacja w propagowaniu po całym świecie tej fundamentalistycznej formy w religii Proroka z Mekki, ma też im zapewnić dalszą prosperitę gwarantowaną przez Najwyższego. Stąd rzeka petrodolarów skierowana do Afryki, by finansować studia w Mekce dla przyszłych czarnych imamów i konstrukcję meczetów nawet tam, gdzie trudno o muzułmanina. Apostołowie nowego (dla Afryki) nurtu przybywają z radykalną krytyką dotychczasowego sposobu przeżywania islamu w Afryce. Sami ich współwyznawcy z tradycyjnych bractw sufickich mówią o tym zjawisku z nieskrywanym niepokojem. Przekłada się to także na sytuację polityczną, bo propagowanie islamu jest nierozłącznie związane z narzucaniem też jego wizji politycznej. I bynajmniej nie jest to moja teza, ale oficjalna opinia samego Ajatollaha Chomeiniego. Kazania w meczetach są z natury rzeczy polityczne i rozdział państwa od religii, to tylko europejski dziwoląg, którego większość muzułmanów nie rozumie i nie zamierza respektować. Przyjęcie do wiadomości tej ewidentnej prawdy jest podstawą do negocjacji w sprawie miejsca islamu w krajach nie-muzułmańskich.
Trzeba było być niezwykle hardym, aby szarpnąć się na przejęcie władzy nad państwem, w którym stanowi się zaledwie 10-15% w populacji. A tak się stało właśnie w przypadku muzułmańskiej rebelii seleka w RCA. Ich inwazja z północy, rozboje i gwałty na drodze po władzę w Bangui oraz rabunkowy sposób w pierwszym roku rządów, nie pozostawiły reszcie populacji cienia iluzji – szybko wybuchło przeciw nim powstanie. Prawda o roszczeniowym kompleksie wyższości u mniejszości muzułmańskiej w RCA jest źródłem przejścia do opozycji i radykalizacji postaw obojętnej jeszcze do niedawna reszty społeczności środkowoafrykańskiej.
W ostatnich latach głośno zrobiło się o sekcie Boko Haram. Na czym polega sukces ekspansji tego ekstremistycznego ruchu?
Choć mieszkam raptem o jakieś 500 km strefy zagrożonej terrorem Boko Haram, to jednak nie boję się, że oni do nas przyjdą. Z prostego względu: jak każda forma partyzantki, tak i ten specyficzny ruch oporu do przetrwania potrzebuje oparcia wśród lokalnej ludności. A skoro na północnym zachodzie RCA rodowitych muzułmanów prawie nie ma, widmo instalacji Boko Haram bez poparcia ludzi, praktycznie nie istnieje.
Jeżeli więc Boko Haram szerzy się w krajach wokół jeziora Czad to dlatego, że w masach prostego ludu, w większości zislamizowanego, na porzuconych samopas prowincjach, od lat panuje frustracja głębokiego zacofania i ignorancji. I w końcu znalazł się ktoś, kto się o nich upomniał, kto wstrząsnął władzami centralnymi i to w tak drastyczny sposób, że cały świat o tym teraz mówi. Nikt z poważnych muzułmanów raczej nie traktuje na serio religijnej roli „kalifatu” znad jeziora Czad, ale zasiany w społeczeństwie ferment na pewno niepokoi i może przyczynić się do dalszej destabilizacji politycznej regionu i zmiany układu sił. Fasadowo Boko Haram wydaje się być ruchem czysto religijnym, ale w rzeczywistości z ukrycia politycy zręcznie pociągają za sznurki tej tragi-komicznej marionetki.
Mówi się, że Czarna Afryka bardzo szybko poddaje się chrystianizacji. Dlaczego tak jest? Co sprawia, że chrześcijaństwo wydaje się być bardziej atrakcyjne niż islam?
Tak, to jeden z większych fenomenów XX wieku na arenie religijnej. W ciągu kilkudziesięciu lat czarni Afrykańczycy zaczęli masowo identyfikować się z chrześcijaństwem (i nie przeceniajmy tu bynajmniej roli europejskiej kolonizacji, bo ta była bardzo kapryśna, a często w praktyce wroga pracy misjonarzy). Islam strzegący praktycznie przez wieki monopolu dostępu do „Sudanu” (nazwa w pierwotnym, arabskim znaczeniu określa „kraj czarnych ludzi” aż po Senegal), nagle obudził się z chrześcijaństwem na zapleczu. Ewangelia bynajmniej nie jest głoszona Afrykańczykom, jako antidotum na islam. Każdy i wszędzie ma prawo do dobrej nowiny, a ta jest odkrywcza: Bóg jest z nami(=Emmanuel). Afrykańczycy lgną do Jezusa, bo ten jest Bogiem bliskim, bo stał się jednym z nas - aż do ofiary z siebie. Do tej pory mieli świadomość istnienia Najwyższego Bóstwa, Ojca całego stworzenia, ale który gdzieś się daleko wycofał pozostawiając ludzi na pastwę duchów i czarów. Świadectwo miłości bliźniego przez dzieła miłosierdzia w dziedzinie nauczania i służby zdrowia są bezdyskusyjne i to przyciąga ludzi do wspólnoty Kościoła. Opieka nad chorymi, sierotami i ubogimi, promocja równości między kobietą a mężczyzną, krytyka poligamii czy obrzezania kobiet oraz wielu innych kontrowersyjnych praktyk w afrykańskim społeczeństwie, czynią z Kościoła awangardę postępu na kontynencie afrykańskim.
Bliski Wschód i Czarna Afryka to nieco inne regiony. Czy można w ogóle wymienić kilka ogólnych elementów, które są tożsame dla Bliskiego Wschodu i Afryki Subsaharyjskiej, oraz które są całkowicie przeciwstawne?
Nie tylko Sahara rozdziela kontynent afrykański na dwie części, północną i południową. Biali (umownie rzecz biorąc) mieszkańcy tej pierwszej części są niejako zwróceni plecami do Sahary utożsamiając się przez język arabski i kulturę semicką z Bliskim Wschodem. W większości też są muzułmanami. Południowa część natomiast, ta umownie czarna, do XIX wieku będąc w praktyce ignorowana przez resztę świata, zachowała swą własną, przeróżną w formach i językach kulturę – na dziś jest w większości schrystianizowana.
Zawsze istniała osmoza między tymi dwoma światami widoczna nie tylko na twarzach mulatów, ale i pokrewieństwie wielu zwyczajów jak np. wielki kult przodków i szacunek dla mądrości starców. Całe plemiona, klany i rodziny afrykańskie na południu mają pośród swych członków muzułmanów, chrześcijan i wyznawców religii tradycyjnych żyjących razem. Na północy, w społeczeństwie zdominowanym przez islam, nie jest taka postawa już tak ewidentna, a im bardziej na wschód, tym radykalniej np. ortodoksyjny islam nie pozwala, by muzułmanka wyszła za mąż za nie-muzułmanina. Ale dla kontrastu, również w Syrii czy Jordanii istnieją arabskie rody, których część członków, jeszcze od czasów pre-islamskich, pozostaje chrześcijanami. U nich to tradycyjna solidarność klanowa prymuje ponad przynależnością religijną.
W Afryce subsaharyjskiej również kultywuje się tradycję, by dzieci wyznawały religię ojców, lecz ewentualna jej zmiana, nie pociąga za sobą dramatu rozdarcia rodziny czy wydziedziczenia. Natomiast im dalej na północ i wschód, tym o to trudniej. Wolności religijnej w islamie nie ma. Próba zmiany przekonań religijnych to dyshonor dla rodziny, zerwanie więzów krwi i realne niebezpieczeństwo śmierci z rąk najbliższych.
Demarkacja między tymi dwoma strefami zaznacza się w spojrzeniu na rodzinę. Jeśli nawet po dwóch stronach klasycznie pojmowana rodzina jest bezdyskusyjnie postrzegana, jako podstawowa komórka zdrowego społeczeństwa, to już jej model różni się. Islam promuje patriarchalny i poligamiczny jej ustrój, natomiast chrześcijaństwo akcentuje równość kobiety i model monogamiczny. Muzułmanie droczą się z ich chrześcijańskimi sąsiadami trywialną gadką: - Wy wierzycie w trzech bogów, ale możecie mieć tylko jedną żonę, a my wierzymy w jednego Boga, za to możemy mieć cztery żony. Waży się obecnie która z tych dwóch opcji weźmie górę w Afryce.
Chrześcijaństwo w Afryce bije na głowę islam, gdy chodzi o ilość prowadzonych placówek oświatowych i medycznych, co nie znaczy, że islam ich nie posiada. Istotna różnica polega ostatecznie nie na liczbie, a raczej na zasadach funkcjonowania. Instytucje chrześcijańskie są otwarte dla wszystkich, a miłosierdzie jest praktykowane bez względu na wyznanie. Muzułmańska zaś oferta edukacji lub opieki zdrowotnej warunkowana jest wcześniejszym przystąpieniem do ich religii – i tu już trudno o bezinteresowność.
Na koniec trzeba jeszcze dotknąć newralgicznego tematu, jakim jest stosunek do wojny. Zwłaszcza dziś, gdy codziennie słyszymy o dżihadzie w różnych częściach świata, niekiedy obrońcy tezy o pokojowej naturze islamu zapędzają się z polemiką i rzucają w kierunku chrześcijaństwa kontrargument, że i ono samo prowadziło wojny w imię Boga. Bez wdawania się w licytacje kto i kiedy więcej razy przywoływał Boga podnosząc miecz, zgadzam się z opinią, którą powtarzają bliskowschodni chrześcijanie: Wojny na tle religijnym wychodziły z dwóch stron, tak od muzułmanów jak od chrześcijan, ale dzieli je istotna różnica. Muzułmanie w nawoływaniu do świętej wojny znajdują usprawiedliwienie dla niej w woli Bożej wyczytanej z kart Koranu, natomiast chrześcijanie decydując się na wojnę w imię religii, zawsze musieli dla swej propagandy znaleźć kruczki wymigujące się od wcielania nauki Jezusa, a ta była zawsze jasna: miłuj nieprzyjaciela swego i nie zabijaj.
Serdecznie dziękuję za rozmowę.
Dziękuję.
Rozmawiał Wojciech Niedzielko.