Logo
Marsz Niepodległości za spokojny? Redaktor "Wyborczej" pomalował się na czarno i szukał prowokacji

17 listopada 2016 13:00

Marsz Niepodległości po raz drugi odbył się bez żadnych incydentów - to bardzo zła wiadomość dla Gazety Wyborczej. Na tyle zła, że jeden z redaktorów dziennika postanowił ucharakteryzować się na Murzyna i pójść na manifestację narodowców.

Do prowokacji przyznał się Jacek Hugo-Bader, który zdał relację na łamach "Dużego Formatu". "Reporter od biedy może sobie na coś takiego pozwolić. Żeby wleźć w cudzą skórę i udawać zupełnie kogo innego" - pisze. 

Redaktor gazety Adama Michnika wczuł się w rolę. "Idziesz i zastanawiasz się: czy jesteś wrogiem? Nie czujesz się, ale jak upaprałeś gębę na czarno, to może jednak jesteś" - relacjonuje. Rozważał nawet zrzucenie z mostu Poniatowskiego przez "facetów w czarnych kurtkach". 

"Ważniejsze, co oni o tym myślą, i kombinujesz, czy ich wyprzedzić, bo zwykle chodzisz szybko, czy przejść na drugą stronę ulicy, albo poczekać, żeby mijanka wypadła nad wodą, a nie nad plażą albo bulwarem – i czy śmierć przez zrzucanie z mostu też jest brana pod uwagę?".

"Czarnuch", jak zatytułował siebie Hugo-Bader, oczekiwał na tłum przy ul. Kruczej. "Odpalają race, petardy, świece dymne, groźnie jest, strasznowato, frontowo, kibicowsko, Czarny staje przy Kruczej i przepuszcza pochód przed sobą, gapi się, a wszystko, co wybucha, jakoś gęsto pada koło niego". Klimat jest, napięcie też. To przecież maszeruje faszyzm!

Hugo-Bader vel "Czarnuch" przez 30 minut pochodu naliczył... "dwie słowne napaści" (sic!). Strach się bać. Ale najgorsze miało dopiero nadejść.

Na redaktora Wyborczej zaczaiło się bowiem dwóch osiłków, którzy "Czanego" zaczęli popychać i szarpać, mało nie doszło do bójki. W obronie ofiary stanęło jednak dwóch uczestników Marszu Niepodległości, którzy załagodzili sytuację. 

Przebrany dziennikarz, z pomocą "znajomych dziewczyn", które "przypadkowo" robiły zdjęcia całej sytuacji, dochodzi do wniosku, że to nie mogli być uczestnicy pochodu. Pewnie to policjanci w cywilu, bo "twarze inteligentne". W końcu wiadomo - każdy narodowiec to prymityw i cham. 

Czy prowokacja się udała? Zapewne nie. Nikt nie został pobity, doszło jedynie do "agresji słownej" i szarpaniny. Kilkadziesiąt tysięcy "faszystów" przeszło obok "Czarnucha" i co? I nic. "Faszyzm" nie traki groźny, jak redakcja na Czerskiej go opisuje! 

"Czarnuch" cały i zdrowy wrócił do domu.

 

źródło: wyborcza.pl

N.