Logo
Stankiewicz pisze jak Wałęsa zacierał ślady. "Wypożyczał dokumenty lustracyjne i je niszczył"

31 stycznia 2017 17:25

Andrzej Stankiewicz, publicysta związany m.in. z Rzeczpospolitą, skomentował na łamach serwisu Onet sprawę Lecha Wałęsy, wypominając byłemu prezydentowi wszystkie jego "grzechy". "Jednym z najbardziej obciążających Lecha Wałęsę lustracyjnych faktów jest to, że jako prezydent posunął się do niszczenia akt dotyczących jego kontaktów z bezpieką" - pisze Stankiewicz.

 

 

"Po zmianie rządu Wałęsa prosi kolejnego ministra spraw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego — swego zaufanego współpracownika — by dostarczył mu dokumenty dotyczące "Bolka". Wszystko jest na papierze — pokwitowanie zabrania akt Wałęsa złożył własnoręcznie. Dokumenty zatrzymuje w Belwederze, a po kilku miesiącach oddaje mocno zdekompletowane. Resztę miał dostarczyć później. I oficjalnie tak właśnie zrobił. Tyle, że tę resztę dokumentów przekazał w zalakowanych kopertach. Wałęsa wiedział, że dopóki UOP jest kierowany przez jego ludzi, to nikt tych kopert nie otworzy." - Wałęsa miał po raz pierwszy zniszczyć akta w 1992 r., po obaleniu rządu Jana Olszewskiego. Po raz drugi miał się tego dopuścić po przegranych wyborach prezydenckich. "Siemiątkowski zastał akta całkowicie zdekompletowane, bo Wałęsa tuż po przegranych wyborach zabrał dokumenty "Bolka" po raz drugi. Zdaniem dr Piotra Gontarczyka — współautora słynnej książki "SB a Lech Wałęsa", jednego z najlepszych speców od dokumentów bezpieki — kluczowych spustoszeń dokonano właśnie wtedy." - wskazuje publicysta.

"Jedna ekipa niszczyła dokumenty w Pałacu Prezydenckim, ale druga została wysłana do gdańskiej delegatury UOP, by zatrzeć ślady, czyli niszczyć dokumenty w innych teczkach. Paradoksalnie, ułatwiła to lista Macierewicza, bo te dokumenty zostały wówczas wyszukane i zgromadzone. To był dla Wałęsy przewodnik, co i gdzie należy niszczyć. Ale oczywiście, specyfika dokumentów esbeckich jest taka, że gdy TW donosił tak dużo i często jak "Bolek", to trudno przewidzieć, gdzie znajdą się kopie jego donosów" — cytuje dr Piotra Gontarczyka Stankiewicz.

Wałęsa miał usuwać także niewygodnych dla siebie ludzi ze służb. "Jedną z ofiar stał się ppłk Adam Hodysz. To esbek, który za czasów PRL pomagał "Solidarności", za co trafił do więzienia. Na początku lat dziewięćdziesiątych był szefem delegatury UOP w Gdańsku. To on kompletował na polecenie Macierewicza dokumenty dotyczące "Bolka", które przesądziły o umieszczeniu prezydenta na liście agentów." - czytamy.

 

MR

źródło: onet.pl