Logo
Czy Kaczyński mógł postąpić inaczej w kwestii wyboru Donalda Tuska na ostatnim szczycie UE?

Daniel Wójcik

Daniel Wójcik

12 marca 2017 23:33

W mediach przetacza się burza na temat wyników głosowania w Brukseli, które dało Donaldowi Tuskowi kolejne dwa lata spokoju w fotelu szefa Rady Europejskiej. Z jednej strony media lewicowe i liberalne wskazują, że jest to klęska polskiej dyplomacji i samego Kaczyńskiego. Z drugiej strony barykady dziennikarze konserwatywni starają się obecną władzę usprawiedliwiać i tłumaczyć. Żadna ze stron nie podchodzi do tej sprawy bez emocji.

Manewr z Tuskiem na użytek wewnętrzny

Wydaje się, że Kaczyński wbrew jednej i drugiej narracji pewne zyski z całej sprawy jednak wyciągnął, nawet jeśli chwilowo musi godzić się na ostre ataki z lewej strony sceny politycznej i huraganowe ataki mediów, które z totalną opozycją sympatyzują. Przede wszystkim ostatnie wydarzenia trzeba rozpatrywać w kontekście długofalowym, a nie krótkiej czy nawet średniej perspektywie czasowej. Z punktu widzenia strategii politycznej PiS-u i narracji tej partii w mediach elektronicznych i tradycyjnych, były szef PO jawi się jako ucieleśnienie całego zła III RP. Dowody na temat tego, jak ten czas dla Polski był destrukcyjny, miały przynieść kolejne wrzutki medialne i komisje śledcze, jakie postanowiono powołać w tym celu, by pokazać Polakom kto za to wszystko odpowiada.

Przykładem może być tu komisja śledcza ds. wyjaśnienia afery Amber Gold, gdzie prawdopodobnie na koniec tejże pracy, były premier zostanie wezwany przed jej oblicze. Media powiązane z PiS pokazują też i inne patologie, jakie rozgrywały się w sferze gospodarki, np. te związane z fikcyjnie wystawionymi fakturami VAT. Do arsenału środków propagandowych należy zaliczyć walkę z elitami prawniczymi i środowiskiem starych, tajnych służb. Za całym złem miał stać Tusk, bo to właśnie te elity i środowiska w narracji PiS wyniosły tego polityka do władzy. Gdyby więc Kaczyński zgodził się poprzeć Tuska w głosowaniu, opozycja i jej medialne zaplecze, mogłoby stale zarzucać tej partii i jej przywódcy, że mimo tego wszystkiego, co wyżej wymieniono Kaczyński zgodził się na wsparcie rywala, a wręcz wroga w Brukseli. Może więc nie jest to taki schwarzcharakter jak prezentują to ludzie PiS? Takie pytania mogłyby się pojawić w ustach polityków opozycji i dziennikarzy, którzy nie darzą sympatią Jarosława Kaczyńskiego. Mniej konfrontacyjnie nastawione ugrupowania parlamentarne, takie jak Kukiz’15, zyskałyby kolejny argument za tym, by unaocznić własnym wyborcom, że PiS - PO to faktycznie jedno zło, że te partie się od siebie nie różnią i tylko ruch obywatelski może być rzeczywistą alternatywą dla obu tych ugrupowań. W tej sytuacji taka narracja się nie sprawdzi. Wiedzą o tym politycy związani z Pawłem Kukizem, którzy również krytykują wyniki ostatniego szczytu europejskiego. Kaczyński w takiej sytuacji będzie miał nadal rozwiązane ręce i spokojnie będą podejmowane dalsze działania dyskredytujące liderów totalnej opozycji, a także jej zaplecze ekonomiczne i medialne.Po wyborze Tuska, prezes PiS zrobił to bardzo szybko atakując PO i Nowoczesną w swoim sejmowym przemówieniu, gdzie zarzucił tym partiom zdradę narodowych interesów. Kaczyński stwierdził:

"Swego czasu, już dość dawno temu, ale moje pokolenie świetnie to pamięta, prezydent de Gaulle używał takiego określenia: "partia zewnętrzna". Mówił to o ludziach, którzy byli otumanieni szaleńczą i zbrodniczą ideą, ale w coś wierzyli, a wy nie wierzycie w nic, poza waszymi interesami i interesikami. Wy jesteście dzisiaj partią zewnętrzną, wy kompromitujecie Polskę, jesteście przeciw Polsce."

 

Propagandowa gra Niemcami i UE 

Wymiar tej rozgrywki ma także swoje odniesienie zewnętrzne. Jarosław Kaczyński, decydując się na demonstracyjną odmowę poparcia dla Donalda Tuska, który forsowany był przez Niemcy udowodnił, że postępuje zgodnie z obietnicami złożonymi w kampanii wyborczej. PiS obiecywało odbudowę podmiotowej pozycji Polski na arenie międzynarodowej.  

W tym wypadku również obecny szef Rady Europejskiej, to symbol zależności Polski od Berlina i Paryża. Były premier podczas sprawowania władzy w kraju przez dwie kadencje, zgadzał się w zasadzie na wszystkie propozycje jakie płynęły do Warszawy z Berlina. Koronnym argumentem za tym tokiem rozumowania miała być zgoda Ewy Kopacz – polityka wykreowanego przez Tuska na przyjęcie do Polski emigrantów socjalnych z Bliskiego Wschodu i Afryki. PiS zaś chcąc prowadzić politykę podmiotową potrafił powiedzieć głośne NIE - Berlinowi i to na pewno zostanie w pamięci wyborców przez dłuższy okres czasu. PiS stanie się jedyną partią propolską, która potrafi realnie dbać o interes narodowy. Paliwa do takiej narracji dostarczył również odchodzący prezydent Francji Francois Hollande, który bez ogródek oświadczył: że „My mamy fundusze, a Wy zasady” Kto ma pieniądze, ten ma władzę. Polska ma się więc podporządkować woli wielkich państw starej UE, bo może stracić finansowo.

Postawa rządu PiS bardzo konfrontacyjna w tym wypadku jest jasna i oczywista dla odbiorcy, zwłaszcza, że w mediach związanych z władzą mówi się o konieczności odbudowy przemysłu, repolonizacji banków czy rynku medialnego a te segmenty gospodarki są kluczowe dla rzeczywistej samodzielności na arenie międzynarodowej. W wyniku transformacji ustrojowej, zwłaszcza te dwa ostatnie działy ekonomii przeszły w ręce obcego, głównie niemieckiego kapitału i teraz nowa władza ma dokonać swoistej sanacji również i w tym zakresie.

Postawienie się UE i Berlinowi w sprawie nominacji Tuska na kolejną kadencję ma pokazać, że Warszawa będzie teraz prowadzić inną politykę. Propagandowo jest to również korzystne z punktu widzenia stopniowego przesuwania się nastrojów społeczeństw europejskich w stronę negacji Brukseli i samej idei Unii. PiS staje jakby jedną z partii sceptycznie nastawionych do tego projektu politycznego i dzięki temu nadal pozostanie w grze z innymi partnerami z Europy, którzy mogą przejąć władzę po wyborach, jakie nadchodzą w państwach takich, jak: Holandia czy Francja. PiS wprawdzie stracił nieco rezonu w ramach Grupy Wyszehradzkiej, ponieważ żadne z państw nie poparło kandydata PiS w wyborach, ale z punktu widzenia tych stolic nie było to kluczowe głosowanie, które miałoby przesądzić o ich relacjach z Warszawą. Chwilowe zgrzyty na linii Orban - Kaczyński szybko zostaną zażegnane. Bitwa o stanowisko szefa Rady Europejskiej była ważna tylko dla Kaczyńskiego, ale nie dla premiera Węgier. Orban traktował głosowanie jako formalność w mało istotnej sprawie z praktycznego punktu widzenia.

Alterantywna kandydatura Janusza Saryusza- Wolskiego ?

Ostatnią kwestią, która budzi pewne wątpliwości, jest kandydatura Janusza Saryusza - Wolskiego na stanowisko, które przewidziane było dla jakiegoś innego polityka z Europy zachodniej, a które ostatecznie przypadło ponownie Donaldowi Tuskowi. Początkowo mówiło się o tym, że funkcja ta przypadnie właśnie politykom, którzy w wyniku nadchodzących wyborów będą musieć opuścić swoje urzędy w rodzimych państwach.W gronie pretendentów do unijnych zaszczytów wymieniano premiera Holandii, a także prezydenta Francji.

Obaj mieliby po ewentualnych porażkach politycznych na rodzimej scenie politycznej stać się eurokratami. Z racji objęcia stanowiska szefa PE przez chadeka liczono, że szefem Rady Europejskiej zostanie socjalista. Gdyby faktycznie pojawiły się wymienione wyżej kandydatury na stole negocjacyjnym, to PiS zgodziłby się na jedną z nich, nawet jeśli byłaby to zgoda wyrażona przez wstrzymanie się od głosowania. Kiedy jednak Berlin zdecydował się na forsowanie kandydatury Tuska wbrew woli polskiego rządu, Kaczyński nie miał wyboru głównie z powodów propagandowych i szukał innego wyjścia, którym okazała się kandydatura Jacka Saryusza - Wolskiego, polityka dobrze obeznanego z zakulisowymi grami, jakie rozgrywane są w Brukseli. Podobnie jak Tusk, polityk ten należał do Europejskiej Partii Ludowej, który chociażby z racji swojej aktywności i znajomości jakie zdobył w Brukseli, mógł być teoretycznie brany pod uwagę jako alternatywa dla byłego polskiego premiera. W walnym głosowaniu prawdopodobnie przegrałby i tak, ale przy poparciu państw z Grupy V-4. W takich warunkach dodatni efekt propagandowy byłby jeszcze większy, bo za Polską wstawiłyby się także inne państwa. Osamotnienie Polski dało pretekst do ataków na rząd ze strony opozycji, choć te i tak pojawiłyby się, ale miałyby mniejszy rezonans w społeczeństwie. W tej bitwie, jaka się rozegrała na polu europejskim, Kaczyński nie musi wcale stracić, a w dłuższej perspektywie czasu może nawet zyskać.