Logo
Lęk przed ludobójstwem

Sylwester Chruszcz

Architekt i przedsiębiorca. Poseł na Sejm RP z ramienia KUKIZ'15. Wiceprezes stowarzyszenia Endecja.

24 października 2016 09:13

Na ostatnim przed wakacjami posiedzeniu, polski Sejm przyjął historyczną uchwałę. W końcu, po 27 latach istnienia III Rzeczpospolitej, czyli od tzw. „odzyskania niepodległości”, zbrodnię na Kresach nazwano po imieniu. Przez tenczas trwała batalia o właściwe upamiętnienie ofiar. Dlaczego tak długo nie było w Sejmie większości parlamentarnej, która postanowiłabysprawiedliwie „pochylić się” nad grobami kobiet i dzieci zamęczonych na Wołyniu i w Małopolski Wschodniej?

Zastanówmy się, kto najmocniej bronił się przed nazwaniem rzezi ludobójstwem? Tych opornych możemy podzielić na dwie grupy. Pierwsza to politycy, którzy zawsze głosują przeciwko naszemu interesowi narodowemu. Kiedyś byli tak „wolni”, później „obywatelscy”, a teraz „nowocześni”, że uschłaby im ręka gdyby zagłosowali tak jak „ciemnogród”. Nazwijmy ich „opcją europejską”. Druga grupa to ci, którzy sądzą, że nie należy zanadto podnosić kwestii wołyńskiej aby nie psuć polsko-ukraińskich relacji. Nazwijmy ich „sanacyjną”. O ile zawsze byliśmy pogodzeni z tym, że przedstawiciele „europejskiej opcji” nie przysłużą się dla godnego upamiętnieniu ofiar, to zachowanie „opcji sanacyjnej” było odbierane przed potomków Kresowian jak obraza pomordowanych. Jeśli dodamy do tego „opcję narodowo-demokratyczną”, która domagała się prawdy, to będziemy mieli obraz batalii, którą obserwowaliśmy przez ostatnie 27 lat. W obecnej kadencji opcja narodowo-demokratyczna uzyskała taką siłę, że potrafiła wywrzeć presję na pozostałych.Dlatego 22 lipca Sejm przyjął uchwałę, która Rzeź wołyńską nazywa po imieniu – ludobójstwem.

Aby być sprawiedliwym muszę dodać, że postawy wobec prawdy wołyńskiej nie zawsze pokrywają się z przynależnością partyjną. Oczywiście, gdyby nie obecność posłów Kukiz’15 w Sejmie, to nie byłoby siły, która parłaby do prawdy i piętnowała wszelkie pół-prawdy. Jestem przekonany, że Jarosław Kaczyński, władze PiS-u oraz rząd chcieliby uniknąć rzeczonej uchwały, albo chcieliby maksymalnie ją wygładzić, tak aby była bardziej strawna dla władz Ukrainy pobłażającej pro-banderowskim postawom w Kijowie. Taką próbą była obrona stwierdzenia, że na Wołyniu doszło do „walk bratobójczych”. Posłowie Kukiz’15 zgłosili poprawkę do uchwały aby wykreślić to kłamliwe zdanie. W normalnych warunkach sejmowa większość zwyczajnie odrzuciłaby wniosek. Jednak opcja „narodowo-demokratyczna” ujawniła się także w klubie PiS-u. To pokazało, że posiadanie samodzielnej większości w Sejmie nie daje prezesowiKaczyńskiemu i rządowi gwarancji zaplanowania absolutnie wszystkiego. Proces legislacyjny może wymknąć się z rąk nawet wtedy gdy rządzi się samemu. Kunktatorska próba przyjęcia do dalszego procedowania obywatelskiego pro-aborcyjnego projektu, tylko to potwierdziła. Góra PiS-u chciała wszystko rozegrać według własnego planu, ale posłowie siedzący w ostatnich ławach musieliby de facto podnieść rękę za ustawą zgłoszoną przez środowiska lewicowe. PiS przekombinował i to zapoczątkowało falę „czarnych protestów” i kolejne problemy. To pokazuje jedno - w sprawach fundamentalnych, takich jak obrona życia czy prawda wołyńska, nawet prezes Kaczyński nie może mieć stuprocentowej kontroli nadwszystkimi posłami PiS-u.Często widząc kluczenie w sprawach ważnych, zwyczajnie buntują się podczas głosowania. Wielu z nich zachowało się jak trzeba i przyjęło poprawkę Kukiz’15 usuwającą zapis o „walkach bratobójczych”. Ale do tego potrzeba było grupy endeckich posłów, którzy mogą zgłosić zmianę, pilnują i piętnują kłamstwa.

Samo stwierdzenie, że na Wołyniu dochodziło do „walk bratobójczych” jest nie tylko kłamstwem historycznym ale i niegodziwością wobec rodzin ofiar. Słownik języka polskiego określa braterstwo (poza więzami krwi) jako  więźopartą na zaufaniu, szczerości, przyjaźń i solidarność. Patrząc na ponad tysiącletnią historię Polski,  na miano naszych braci zasługuje wyłącznie naród węgierski. To o Węgrach, nie o Rosjanach, Słowakach, Niemcach czy Ukraińcach zwykliśmy mówić bratankowie. Niestety, niektórzy politycy porwali się na karkołomną próbę argumentowania, iż na Kresach Wschodnich doszło, nie do bestialskiego mordu dokonanego w sposób skrytobójczy przez ukraińskich sąsiadów, lecz przez braci. W takim razie, nasuwa się pytanie, czy w roku 1939
w Gdańsku polska ludność z Wolnego Miasta dawała odpór niemieckiej agresji, czy była to bratobójcza walka? Ukraińcy byli i są naszymi sąsiadami, i każdy kto ma choć trochę oleju w głowie, chce aby to sąsiedztwo przebiegało w sposób przyjazny. Jednak sąsiad  nie zawsze musi być synonimem brata, sąsiad bowiem  nie zawsze jest uczynny, honorowy i solidarny.

Ukraińcy sami muszą uporać się z prawdą. Niestety, do tej pory lęk przed słowem „ludobójstwo” dotykał ich najbardziej.  W odpowiedzi na uchwałę przyjętą przez polski Sejm, niezrzeszony deputowany Rady Najwyższej Ukrainy, Ołeh Musij, złożył projekt rezolucji upamiętniającej rzekomą zbrodnię ludobójstwa na Ukraińcach, której mieli dopuścić się Polacy. Pełna nazwa dokumentu brzmiała: „Projekt uchwały o upamiętnieniu ofiar ludobójstwa, dokonanego przez państwo polskie na Ukraińcach w latach 1919-1951”. Kilka dni temu pojawiła się informacja, że na polecenie ukraińskiego MSZ, w trosce o „porządek publiczny” odwołano projekcję filmu „Wołyń”. To jasno pokazuje, że Ukraińcy nie są gotowi na prawdę. Jednakże, jak mamy domagać się prawdy od naszych sąsiadów, gdy polscy politycy mówią w Sejmie o „walkach bratobójczych” i walczą ze słowem „ludobójstwo”?

Dzięki Bogu, coś się zmieniło. My endecy i potomkowie ocalałych z kresowej hekatomby też jesteśmy w Sejmie i dopilnowaliśmy żeby prawda wybrzmiała.