Logo
O nową endecję

Przemysław Piasta

historyk i przedsiębiorca, prezes zarządu Fundacji Narodowej im. Romana Dmowskiego, w latach 2005-2006 wicemarszałek województwa wielkopolskiego.

15 maja 2016 22:26

„Wierz mi, panie Klejn, bonapartyzm to potęga!..." - perorował Ignacy Rzecki w rozmowie z młodszym subiektem. Ów „bonapartyzm” jest poglądem dopasowanym jak na miarę do sympatycznej postaci poczciwego safanduły: nieżyciowym, anachronicznym i oderwanym od realiów.

Pisze o tym, bo za każdym razem, gdy czytam o dokonaniach politycznych lub perłach przemyśleń współczesnych neoendeków przed oczyma staje mi właśnie postać starego subiekta. A wraz z nią, „bonapartyzm”- program polityczny równie sensowny, co ten głoszony dziś przez domorosłych narodowców.

Cóż za herezje prawię? - zapytasz Czytelniku. W końcu młodzi (czasami już tylko duchem) narodowcy niemal z pamięci cytują kanon klasyki myśli politycznej naszego obozu. To prawda, i w tym, paradoksalnie, tkwi cały problem. Oczywiście można przepisywać żywcem pomysły, z których najmłodsze mają zaledwie kilkadziesiąt lat a te starsze z młodzieńczą świeżością wmaszerowują już w trzecie stulecie. Można zignorować fakt, że większość z nich była tworzona w całkowicie odmiennych warunkach społecznych i geopolitycznych. Można z premedytacją ignorować trendy polskiej i europejskiej polityki. Wszystko to można. Tylko po co? Na pewno nie po to by budować ugrupowanie endeckie czy tworzyć endecką myśl polityczną.

Wykonajmy mały eksperyment intelektualny. Wyobraźmy sobie, że Dmowski, nie zdiagnozował kierunków rozwoju europejskich społeczeństw i nie zbudował w oparciu o swoje przekonania nowoczesnego ruchu politycznego i społecznego. Wyimaginujmy, że zamiast tego nawiązał do dawno martwych pomysłów i idei - dajmy na to rewolucji francuskiej i Księstwa Warszawskiego. Załóżmy, że zamiast skupić się na pracy organicznej wszczął kult powstańców styczniowych jako ostatnich niezłomnych walczących o polskość.

Taki pomysł zapewne znalazłby szybko poklask wśród zapalczywych gołowąsów. Anty-Dmowski znalazłby więc zwolenników, lecz zapewne nie dokonał by niczego w realniej polityce. Nie zorganizował by narodu tworząc z niego organizm zdolny do odpowiedzi na wyzwania nadchodzącego XX wieku. Nie miałby szansy doprowadzić do wybicia się Polski na niepodległość. Co najwyżej wywołałby kilka razy rozruchy, może nawet kolejne powstanie, kończąc zapewne na szubienicy, gdzieś na stokach warszawskiej cytadeli.

Po latach ów nieszczęsny ruch polityczny byłby co najwyżej ciekawostką znaną gronu kilkunastu hobbystów. Byłby niczym bonapartyzm z „Lalki” Prusa. Albo, nie przymierzając, pajdokratyczna partyjka, pompatycznie nazwana przez swych twórców „Ruchem Narodowym”.

Na szczęście Dmowski nie był politycznym frustratem. Nie był zakompleksionym, niedouczonym prowincjuszem, targanym ambicją lecz pozbawionym szerszej perspektywy intelektualnej. Przeciwnie, był doskonale wykształconym Europejczykiem. Synem swojej epoki, który nie tylko szedł w jej intelektualnej forpoczcie, ale ją wyprzedzał. Dlatego stworzył myśl polityczną, która ukształtowała nowoczesny naród.

Dmowski i zbudowany przez niego obóz ideowo polityczny pozostawili po sobie olbrzymią spuściznę. Powinna być ona dzisiaj dla nas inspiracją. Ale nie może być traktowana jako mądrość objawiona. Najlepiej rozumiał to sam Dmowski, który wielokrotnie powtarzał, że nie ma nic gorszego w polityce, jak „talmudyzm” i trzymanie się kurczowo koncepcji, którą okoliczności zewnętrzne czynią nieaktualną.

Jeśli więc uważamy się za Jego uczniów musimy natychmiast przestać go cytować. Trzeba przestać mówić jak Dmowski, a zacząć myśleć jak Dmowski. Traktując historię z szacunkiem nie unikać krytycyzmu. Ciągle stawiać pytania i nie bać się odpowiedzi.

Minął czas chłopców w piaskowych koszulach, którzy dziarsko maszerowali brukowanym ulicami Poznania, Warszawy czy Lwowa. Minął czas wieców i pochodów. Nie ma już tamtych ludzi, a żywy organizm – naród, pod wpływem wichrów historii zmienił się nie do poznania. Ci, którzy tego nie widzą są równie anachroniczni jak stary subiekt Rzecki. Mogą jedynie zamknąć się we własnym gronie karmiąc się wzajemnie fałszywymi snami o potędze. Dla narodu będą równie pożyteczni jak bonapartyści.

Spoglądając na ponad stuletnią historię naszego ruchu za smutkiem konkluduję, że już dawno wyczerpaliśmy paliwo, które leżało u jego podstaw. Nie chcąc ograniczać się do roli kustoszów po tej wspaniałej spuściźnie mimowolnie zamieniliśmy się w grupę rekonstrukcyjną dawnej endecji. I moglibyśmy trwać w tej quasi-egzystencji zapewne jeszcze całe dziesięciolecia gdyby nie pewien drobiazg. Mianowicie narodowa demokracja jest potrzebna Polsce. Lecz nie śmieszna i archaiczna, jaka stała się po dziesięcioleciach. Przeciwnie – skrajnie nowoczesna, wyprzedająca nasz czas. Taka jaka była u swego zarania.

Nadszedł moment by z pełnym szacunkiem odłożyć do izb pamięci opasłe tomiszcza dawno przebrzmiałych konceptów. Potrzeba nam nowego credo, nowych idei i nowych programów. Potrzeba nowej endecji. Formacji intelektualnej zdolnej do trafnego rozpoznania zarówno szans jak i zagrożeń. Potrafiącej zdiagnozować faktyczne bolączki, dostrzec ograniczenia i słabości. Potrzeba myśli i czynu, które z nas - Polaków uczynią na powrót naród.