Logo
Rypnie, nie rypnie? Dylematy PiS

Krzysztof Gędłek

Absolwent politologii, doktorant. Publicysta portalu Polonia Christiana24.pl. oraz kwartalnika „Myśl.pl”.  Pasjonat polskiej myśli politycznej XIX i XX wieku, szczególnie w okresie po 1945 roku. 

24 października 2016 12:43

Jeśli PiS straci władzę w 2019 roku, to nie dlatego że ulicami miast będą maszerować zwolennicy KOD, ale z powodu tzw. zwykłych Polaków, którzy chcą po prostu spokojnie żyć i zarabiać. Tymczasem plany tzw. reformy podatkowej PiS wskazują, że tym „zwykłym ludziom” może być coraz trudniej.

Nawoływanie do buntu społecznego wobec PiS nie ma większego sensu, bo partie wcale nie przestają rządzić dlatego że kilkadziesiąt ludzi wyjdzie na ulicę. Za upadkiem rządzących często stoi pycha, która drażni ludzi, zwłaszcza gdy ci nie dostaną nic w zamian. Tak było z rządzami PO-PSL. Donald Tusk słusznie zdecydował, by przeprowadzić się do Brukseli. Objazdy po kraju podpowiedziały mu bowiem, że jego władza kruszeje, traci podstawy – słowem: że wszystko lada moment rypnie. I rypnęło, ani chybił. Poprzedni rząd PiS został z kolei ukarany za niezrozumienie nastrojów społecznych i ściganie układu nawet wśród lekarzy w przysłowiowym Pierdziszowie Dolnym.

Obecnie PiS zachowuje się bardzo dziwnie. I nie chodzi wcale o jego reaktywne podejście do polityki (vide: nagła zmiana frontu w sprawie aborcji i deklaracja budowy systemu zabezpieczeń społecznych dla wychowujących niepełnosprawne dzieci). To akurat nie musi być wcale takie złe, wszak w teorii właśnie na tym polegać ma demokracja. Z kolei antyplatformerski zwrot w PiS widoczny jest choćby w programie 500 plus czy zapowiedzi programu Mieszkanie plus. Obydwa projekty mają pokazać wyborcom, że wzrost gospodarczy w Polsce niekoniecznie musi być widoczny w grubych księgach rządowych buchalterów, ale również w kieszeniach Polaków. Realizowanie tych zapowiedzi przez rząd Beaty Szydło świadczy o tym, że ekipa PiS umie czytać badania nastrojów społecznych i doskonale rozumie technologię władzy. A więc punkt dla PiS.

O co więc chodzi? Nie jest jasne, co stoi za mgławicowymi zapowiedziami reformy podatkowej. Wiele wskazuje na to, że idzie po prostu o to, by sięgnąć do kieszeni wcale nie najbogatszej ani – co oczywiste – najuboższej części społeczeństwa, ale by dobrać się do tzw. klasy średniej. Dlaczego? Być może chodzi o podreperowanie budżetu. Jeśli tak faktycznie się stanie, to polityka PiS okaże się niezwykle krótkowzroczna. Przypomnijmy, że Orban, na którego lider Prawa i Sprawiedliwości tak bardzo lubił się powoływać, zadbał przede wszystkim o to, by wzmocnić – a właściwie zbudować – klasę średnią na Węgrzech. Temu służyły nie tylko zabezpieczenia socjalne dla rodzin, ale także podatek liniowy. W trudnej sytuacji ekonomicznej Węgier i odrzuceniu przez Orbana pomocy (zwykle taka pomoc to niedźwiedzia przysługa) ze strony MFW, taki ruch wydawał się postawieniem wszystkiego na jedną kartę. Ryzyk, fizyk. Albo się uda i gospodarka złapie oddech, a budżet przestanie się sypać, albo wszystko rypnie. I nie rypnęło. Czy PiS rypnie? Kto wie, wszak Jarosław Kaczyński to niezwykle inteligentny polityk i trudno zarzucić mu, że nie wie co robi. Ale też trzeba pamiętać, że jeśli wszystko będzie miało rypnąć, to szef PiS – inaczej niż jego poprzednik – nie będzie miał dokąd uciec. Na talerzu w jadalni wyląduje mu za to żaba ewentualnej porażki.