Skandaliczna sytuacja! Stracił pracę przez krytykę tzw. „Strajku kobiet”

Choć protesty i manifestacje organizowane przez zwolenniczki aborcji nie są już tak głośne jak przed tygodniem, to jednak dyskusje jakie pojawiają się w społeczeństwie i przestrzeni medialnej po wyroku Trybunału Konstytucyjnego wciąż wywołują sporo emocji. Choć również byli sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, którzy nie byli w publicznych wypowiedziach przychylni Prawu i Sprawiedliwości i których wspierały wcześniej środowiska takie jak KOD czy Platforma Obywatelska, poparli wyrok TK, to jednak protestom w ostatnich tygodniach często towarzyszyły akty wandalizmu oraz agresja wymierzona w partię rządzącą, jak również kościoły i osoby wierzące. Bulwersująca dla wielu może być również sytuacja, która spotkała pracownika jednej z prywatnych uczelni w naszym kraju.

 

Mowa tu o historii jaką przeżył doktor Grzegorz Zając. Ze względu na treść wpisu zamieszczonego przez jego osobę na Facebooku, postanowiono doprowadzić do odsunięcia go od pełnionych obowiązków, a zarazem kształcenia studentów w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.

 

W opublikowanym poście dr Zając krytycznie ocenił to w jaki sposób realizowane są protesty odbywające się w ramach inicjatywy określanej jako tzw. „Strajk kobiet”, a także wulgarny język jaki jest przy okazji tych manifestacji eksponowany. Taka ocena ostatnich wydarzeń nie spodobała się jednak władzom rzeszowskiej uczelni. O tym co go spotkało, sam zainteresowany mówił w rozmowie z portalem Niezależna.pl.

 

Z jednej uczelni dostałem telefon od rektora, który powiedział, że muszą ze mną natychmiast rozwiązać umowę. Zapytałem, z jakiego powodu. Wtedy zaczął mi cytować, że na Facebooku coś napisałem. Kiedy zapytałem, co to ma wspólnego z uczelnią, odpowiedział: „Pan pisze takie rzeczy, pan nie ma prawa takich poglądów mówić”. Usłyszałem, że mogę być przeciw aborcji, ale nie mogę niczego komentować

– opowiedział dr Grzegorz Zając.

 

Dla wielu takie stanowisko uczelni jest czymś skandalicznym i stanowi ograniczanie wolności słowa. Jak twierdzi dr Zając, wprost powiedziano mu, że jako przeciwnikowi tych protestów wolno mu wyrażać swoje opinie, ale w domowym zaciszu.

 

Kiedy powiedziałem, że dużo osób publicznie o tym mówi, to odpowiedział, że jako nauczyciel akademicki nie mam do tego żadnego prawa, że nie mam prawa mówić o aborcji i jeżeli jestem przeciwny to powinienem sobie prywatnie w domu o tym rozmawiać, ale nie publicznie. Czyli jeżeli publicznie jestem przeciwko aborcji, za życiem, będę mocno bronił wszystkie osoby, które tak samo myślą jak ja, to w ogóle nie mam takiego prawa

– Mówił w wywiadzie udzielonym dla Niezależnej.

 

Wykładowcę postawiono w takiej sytuacji, że finalnie zdecydował się on odejść z tej prywatnej uczelni. Jak sam powiedział dla Niezależnej, zna metody jakimi posługują się ludzie wspierający takowe protesty i zdecydował się złożyć swój podpis, odchodząc tym samym z dotychczasowego miejsca pracy, aby mieć spokój.

 

Do tej pory nie mogę się z tego otrząsnąć. Tak się nie robi, uważam, że nie można kogoś wyrzucić z pracy za to, że prywatnie głosi swoje poglądy. Może użyłem mocnych słów, ale co to ma wspólnego z procesem dydaktycznym? Rozumiem z tego, że jeżeli bym głosić, że „je… PiS” czy „wypier…” do rządu – jeżeli takie hasła bym pisał, to wszystko byłoby ok?

– Pytał retorycznie na łamach Niezależna.pl doktor.

 

Jak widać wykładowca choć zdecydował się odejść, kiedy spotkała go taka reakcja władz uczelni, to jednak nie kryje braku zrozumienia dla takiego traktowania pracowników ze względu na to, że wyrazili swoje poglądy.

 

Oni mogą niszczyć kościoły, mogą używać gorszego języka, bo oni twierdzą, że to są emocje? To ja nie mogę w drugą stronę? 

– Zwrócił słusznie uwagę dr Zając.

 

 

Źródło: Niezależna.pl ; DoRzeczy.pl

Fot.: YouTube/Nasze Kielce (zrzut ekranu)

Komentarze

Komentarze