Decyzja o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA” jest poważnym błędem politycznym. Nie dlatego, że Ukraina nie ma prawa prowadzić własnej polityki historycznej. Oczywiście ma. Jest suwerennym państwem i sama decyduje o swoich symbolach, patronach oraz sposobie opowiadania własnej historii. Problem polega jednak na tym, że każda decyzja polityczna wywołuje określone skutki. Szczególnie wtedy, gdy dotyczy organizacji lub osób, które dla sąsiedniego narodu są symbolem zbrodni, cierpienia i ludobójstwa. Nie można jednocześnie oczekiwać strategicznego partnerstwa z Polską, dążyć do Unii Europejskiej i honorować formację odpowiedzialną za śmierć dziesiątek tysięcy polskich obywateli na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
Interesy, nie sentymenty
Warto przypomnieć fundamentalną zasadę polityki międzynarodowej: Ukraina ma swoje interesy, a Polska ma swoje interesy. Państwa nie są od realizowania wzajemnych sentymentów, lecz od ochrony własnych obywateli, własnej pamięci historycznej i własnego bezpieczeństwa. Kto uważa, że Polska powinna milczeć w sprawach dotyczących ludobójstwa dokonanego na Polakach tylko dlatego, że wspiera Ukrainę w wojnie z Rosją, ten nie rozumie istoty polityki państwowej.
Dobre relacje między krajami nie polegają na bezkrytycznej akceptacji wszystkiego, co robi partner. Wręcz przeciwnie. Prawdziwe partnerstwo wymaga również zdolności do stawiania granic i wyrażania sprzeciwu wtedy, gdy jedna ze stron podejmuje działania godzące w podstawowe interesy drugiej.
Szybka reakcja Prezydenta była potrzebna
W tym kontekście należy pozytywnie ocenić natychmiastową reakcję Prezydenta RP, Karola Nawrockiego, który zapowiedział działania zmierzające do odebrania Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy, Wołodymyr Zełenski.
Nie jest to działanie wymierzone przeciwko narodowi ukraińskiemu. Nie jest to także próba osłabiania Ukrainy w czasie wojny. Jest to sygnał, że istnieją kwestie, wobec których państwo polskie nie może przechodzić obojętnie. Order Orła Białego jest najwyższym odznaczeniem Rzeczypospolitej. Nie jest wyłącznie gestem dyplomatycznej uprzejmości. Symbolizuje szczególne uznanie i szacunek państwa polskiego. Trudno oczekiwać, aby Polska honorowała najwyższymi odznaczeniami przywódcę państwa, którego władze akceptują lub wspierają działania prowadzące do gloryfikacji organizacji odpowiedzialnej za zbrodnie na Polakach.
Szczególnie niepokojące jest to, że sprawa dotyczy nie historycznej debaty akademickiej, lecz współczesnych decyzji państwowych. Nie mówimy o podręcznikach historii czy sporach badaczy. Mówimy o nadaniu patronatu aktywnej jednostce wojskowej. To świadome i oficjalne działanie państwa, które musi być oceniane również w wymiarze politycznym.
Dojrzałe państwa wiedzą, że nie wszystko należy gloryfikować
Dobrym przykładem jest postać generała Lucjan Żeligowski. Trudno zaprzeczyć, że odegrał istotną rolę w historii Polski i działał w interesie państwa polskiego. Dla wielu Polaków pozostaje postacią zasłużoną. Jednocześnie współczesna Polska nie buduje swojej polityki historycznej wokół eksponowania działań, które dla Litwinów są symbolem utraty Wilna i narodowej krzywdy. Nie organizujemy państwowych kampanii gloryfikujących zajęcie Wilna. Nie tworzymy z tego centralnego elementu polskiej polityki pamięci.
Dlaczego? Ponieważ przez dziesięciolecia nauczyliśmy się, że odpowiedzialna polityka historyczna musi uwzględniać również perspektywę sąsiadów. Nie oznacza to wyrzekania się własnej historii. Oznacza jedynie zrozumienie, że niektóre wydarzenia można pamiętać bez czynienia z nich narzędzia bieżącej polityki.
Dojrzałość państwa polega między innymi na umiejętności odróżnienia pamięci historycznej od państwowego kultu. Można uznawać zasługi określonych postaci dla własnego narodu, a jednocześnie rozumieć, że ich publiczne gloryfikowanie może utrudniać budowanie dobrych relacji z innymi państwami.
Gdzie Europa, gdzie Ukraina?
Jeszcze lepiej widać to na przykładzie relacji niemiecko-francuskich czy niemiecko-polskich po II wojnie światowej. Współczesne Niemcy nie próbują budować swojej tożsamości narodowej wokół dowódców czy formacji, które budzą jednoznacznie negatywne skojarzenia u sąsiadów. Państwo niemieckie doskonale rozumie, że istnieje granica między pamięcią historyczną a oficjalnym kultem.
Niemcy mogłyby argumentować, że niektóre postacie działały w interesie własnego państwa. Mogłyby podkreślać ich skuteczność militarną czy polityczną. Mimo to nie czynią z nich współczesnych symboli państwowych, ponieważ wiedzą, że odpowiedzialna polityka historyczna wymaga uwzględniania konsekwencji międzynarodowych.
To właśnie odróżnia politykę nastawioną na przyszłość od polityki opartej wyłącznie na emocjach i historycznych resentymentach. Państwa aspirujące do odgrywania ważnej roli w Europie muszą rozumieć, że symbole mają znaczenie, a pamięć historyczna wpływa na relacje między narodami.
Wolność wyboru nie oznacza braku konsekwencji
Nikt rozsądny nie twierdzi, że Polska powinna dyktować Ukrainie, kogo ma uznawać za bohaterów. Takie oczekiwanie byłoby sprzeczne z zasadami suwerenności państwowej. Ukraina ma pełne prawo prowadzić własną politykę historyczną, zwłaszcza, że aktualnie płaci za to wysoką cenę krwią swoich obywateli. Ma prawo podejmować decyzje dotyczące nazw ulic, pomników, patronów jednostek wojskowych czy świąt państwowych, ale równie oczywiste jest to, że inne państwa mają prawo oceniać skutki tych decyzji. Wolność wyboru nie oznacza wolności od konsekwencji. Jeżeli jakieś państwo podejmuje działania obrażające pamięć ofiar innego narodu, musi liczyć się z reakcją.
To nie jest kara. To naturalny mechanizm funkcjonowania stosunków międzynarodowych. Każda decyzja polityczna wpływa na poziom zaufania, współpracy i wzajemnych relacji. Dlatego Ukraina nie powinna być zaskoczona krytyką płynącą z Polski. Byłoby wręcz dziwne, gdyby państwo polskie w takiej sytuacji milczało.
Ukraina na zakręcie w drodze do NATO i UE
Najważniejszy problem nie dotyczy jednak bieżącego sporu dyplomatycznego. Dotyczy strategicznej przyszłości Ukrainy. Ukraina od lat deklaruje, że chce stać się częścią zachodniej wspólnoty politycznej, gospodarczej i bezpieczeństwa. Aspiruje do członkostwa w NATO i Unii Europejskiej. Są to cele zrozumiałe i uzasadnione.
Jednak integracja z Zachodem nie oznacza wyłącznie spełnienia wymogów wojskowych, gospodarczych czy prawnych. Oznacza również zdolność budowania dobrych relacji z sąsiadami oraz prowadzenia odpowiedzialnej polityki historycznej. Nie ma znaczenia, czy komuś się to podoba. Tak po prostu funkcjonuje polityka międzynarodowa. Państwo, które pozostaje w sporze pamięciowym z jednym z najważniejszych sąsiadów i jednocześnie świadomie podejmuje działania pogłębiające ten konflikt, samo utrudnia sobie realizację własnych celów.
Dlatego Ukraina powinna bardzo poważnie przemyśleć skutki takich decyzji. Może honorować kogo chce. Ma do tego pełne prawo, ale musi mieć świadomość, że z polityką historyczną opartą na oficjalnym gloryfikowaniu UPA nie będzie w stanie zbudować trwałego porozumienia z Polską. A bez dobrych relacji z Polską droga do pełnej integracji ze strukturami zachodnimi stanie się znacznie trudniejsza.
To nie jest kwestia emocji ani odwetu. To kwestia politycznej rzeczywistości. Państwa zachodnie oczekują od swoich partnerów zdolności do odpowiedzialnego podejścia do historii, szacunku wobec ofiar i umiejętności budowania pojednania.
Ukraina ma dziś wybór. Może traktować pamięć historyczną jako narzędzie budowania wspólnej przyszłości albo jako źródło kolejnych konfliktów. Ma do tego pełne prawo. Powinna pamiętać, że każde prawo pociąga za sobą odpowiedzialność, a każda decyzja polityczna – konsekwencje. Najbardziej oczywistą z nich jest to, że państwo gloryfikujące UPA będzie miało znacznie trudniejszą drogę do zdobycia pełnego zaufania tych krajów, z którymi chce współtworzyć przyszłość Europy. Piszą wprost: Drodzy Ukraińcy, z Banderą i Szuchewyczem to wy do Europy nie wejdziecie. Nigdy!
/KRes/
Foto: Grafika AI
